Cześć,
Dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o tym, jak spędziliśmy walentynki. Nie wiem, czy znacie mnie na tyle, żeby wiedzieć, jakie kiedyś miałam podejście do takich świąt. Z wiekiem dorosłam i zaczęłam patrzeć na różne tego typu okazje bardziej pod kątem spędzania czasu z bliską mi osobą.
Z Torunia do Trójmiasta wycieczka pociągiem trwała około 2,5 godziny. W sobotę przed południem byliśmy już nad morzem. Pierwszym punktem dnia było dla nas śniadanie. Wybraliśmy miejsce Lookier Food & Drink, które znajdziecie przy ul. Długiej 80. Było smacznie, a obsługa była świetna. Dostałam też kawę z różowym serduszkiem — w końcu były walentynki.
Potem zameldowaliśmy się w hotelu. Za rezerwację, wybór i wszystkie inne kwestie zawsze odpowiada mój mąż. Tym razem wybrał miejsce przy ul. Spichrzowej 20 o nazwie Villa Pica Paca. Lokalizacja doskonała — w samym centrum miasta, obsługa zapadająca w pamięć i bardzo przyjemny pokój. Do kwestii noclegów podchodzę dość pragmatycznie — na krótkich wyjazdach głównie nie spędzam czasu w hotelu, więc wymagam naprawdę niewiele, ale tutaj wszystko było naprawdę super. Skorzystaliśmy też ze śniadania w niedzielę.
Wypadliśmy jeszcze na kawę do jednej z polecanych kawiarni, czyli Drukarni (ul. Mariacka 26). Kawa była rewelacyjna i mieli przepyszne ciasta. Jadłam brownie z mango, a Przemek jadł sernik z matchą i porzeczką. Było trochę tłoczno, ale pamiętajcie, że był to weekend walentynkowy.
Jedynym mankamentem soboty i całego wyjazdu były nieodśnieżone chodniki w Trójmieście, które mnie zaatakowały i miałam bliskie spotkanie z chodnikiem. Nie polecam. Dawno tak obolała nie byłam.
Główną atrakcją soboty była wizyta w Muzeum II Wojny Światowej. Bilety kupiliśmy wcześniej online i tak Wam polecam, bo kolejki do kas są bardzo długie, zwłaszcza w weekendy. Wystawa główna jest ogromna i na jej zwiedzanie trzeba poświęcić około 2,5–3,5 godziny. Lepiej zarezerwować sobie więcej czasu i na spokojnie wszystko obejrzeć. Byłam zachwycona wystawą, a mniej zachwycona brakiem powagi niektórych zwiedzających — jednak takie miejsca wymagają od nas powagi.
Na obiadokolację wybraliśmy się do White Bull Steakhouse (ul. Chmielna 109). Zrobiliśmy wcześniej rezerwację i tak Wam polecam robić, bo zwłaszcza w takich momentach trudno o miejsce. Co prawda mamy tę samą restaurację w Toruniu, ale tutaj nigdy nie było nam po drodze. Jedzenie było świetne, obsługa rewelacyjna. Czuliśmy się tam bardzo dobrze.
W niedzielę wracaliśmy do domu, ale dopiero po południu. Po śniadaniu skoczyliśmy jeszcze na szybką kawę, a potem SKM do Gdyni. Chcieliśmy zobaczyć morze, więc wyruszyliśmy do Orłowa. Zamarznięte morze robi ogromne wrażenie i warto było to zobaczyć. Potem ruszyliśmy do centrum.
Polecanym nam przez znajomych miejscem były Gdyńskie Rybki z Ikrą (ul. Świętojańska 18), czyli słodkie rybki pieczone według tradycji, z różnymi nadzieniami. Świetny dodatek do naszej wycieczki.
Na obiad szukaliśmy miejsca, po prostu chodząc po mieście. Trafiliśmy do pizzerii Rico (ul. Abrahama 20). Serwują tam pizzę neapolitańską. Czas oczekiwania był praktycznie zerowy, a do tego mieli świetną sycylijską oranżadę.
Ostatnim punktem naszej wycieczki przed powrotem na pociąg było Gdyńskie Akwarium (ul. Jana Pawła II 1). Jestem biologiem z zawodu — kocham takie miejsca, uwielbiam oglądać rośliny i zwierzęta. To również rewelacyjne miejsce dla rodzin z dziećmi. Idealnie wypełniło czas do odjazdu pociągu.
I tak skończył się nasz weekend. Było super — dawno nigdzie nie byliśmy. Oprócz mojego „pocałunku” z chodnikiem nie mam się do czego przyczepić.
A Wy jak spędziliście walentynki?
Trzymajcie się ciepło,
xoxo
Brak komentarzy